Autor 28 Luty, 2018 Blog Brak komentarzy

Komu potrzebna niebiańska wiedza

Nawigacja klasyczna i astronawigacja

Ku mojej radości nie maleje zainteresowanie astronawigacją i klasyczną nawigacją, co ma swoje odzwierciedlenie w liczebności uczestników kursów nawigacyjnych. Oczywiście jest to nadal nisza w szkoleniowym światku ale za to nisza elitarna a elitarność tej grupy żeglarzy polega na tym, że ich priorytetem jest bezpieczeństwo żeglugi i komfort niezależności na morzu. To właśnie żeglarze tej grupy szkolą się nieustannie. Nie tylko po to, by nabywać nowej wiedzy ale także po to, by nabytą już wiedzę utrwalać. Spotykam zatem tych żeglarzy nie tylko na naszych kursach nawigacyjnych i z zakresu bezpieczeństwa morskiego ale także na innych kursach w dobrych żeglarskich szkołach, których w naszym kraju jest zaledwie kilka.

Nawigacja klasyczna, astronawigacja, radiokomunikacja dalekiego zasięgu, meteorologia, praktyczne warsztaty bosmańskie, itp. – to możliwość pozyskania i utrwalania bezcennej wiedzy, która żeglarzowi tam na środku morza, czy oceanu, daje niezależność. A niezależność to po prostu bezpieczeństwo, komfort psychiczny i ogromna satysfakcja.

Na co dzień spotykam się z pytaniami: „A po co komu astronawigacja, skoro można mieć kilka GPS-ów na pokładzie?” No tak… faktycznie, w dobie powszechnego dostępu do coraz tańszej elektroniki (nomen omen także coraz gorszej jakości) dzisiaj każdy przeciętny żeglarz może mieć kilkanaście urządzeń z odbiornikiem GPS. Czy to nie wspaniałe?

I teraz zazwyczaj zaczyna się licytacja: ile mogę mieć urządzeń, jak mogę je wykorzystać efektywnie by jak najlepiej skorzystać z dostępnego w nich zasilania… No fakt, jeśli zostawię włączoną komórkę z GPS-em to bateria w niej wyczerpie się po dwóch godzinach, ale jeśli będę ją włączał co godzinę tylko po to by uzyskać pozycję, którą na niosę na mapę to wystarczy na dłużej. Jeśli będę miał 15 komórek, tabletów, zegarków i innych bajerów to starczy na kilka dób, ale…

No właśnie, zwolennicy „niecofania się do średniowiecza w dobie nowoczesności i globalizacji” wygrywają tę walkę na argumenty do tego momentu. Fakty:

Jest duże ryzyko utraty zasilania na jachcie, bo prąd nie lubi się ze środowiskiem morskim. Zapas zasilania w urządzeniach mobilnych można racjonalnie wykorzystać do wydłużenia dostępności do pozycji obserwowanej z GPS. Zatem na etapie planowania rejsu można przewidzieć odpowiedni scenariusz na jachtowe „bezprądzie”.

Prowadzenie astronawigacji i nawigacji klasycznej

Tylko czy tutaj kończy się problem? Czy zastanawialiście się kiedyś, co łączy wszystkie te na co dzień niezwykle przydatne i jakże ułatwiające nam życie urządzenia? Prąd – tutaj mamy 1:0 dla prześmiewców klasyki. Skoro przegrywam to ruszam z kontratakiem:

Polityka. Czy wydaje Wam się, że Global Positioning System powstał po to, żeby żeglarze i kierowcy mogli zapomnieć o mapach i jechać jak po sznurku do celu? Nie. Ten, jak i inne tego typu systemy satelitarne zostały powołane do życia w zdecydowanie bardziej przyziemnym celu: naprowadzanie rakiet, kierowanie ruchami wojsk, precyzyjny ostrzał pozycji wroga, sterowanie dronami szpiegowskimi, likwidacja konkretnych celów militarnych. Wiele lat po jego wdrożeniu Pentagon udostępnił nam sygnał dający precyzję wystarczającą do nawigacji. Ale kto może zagwarantować, że w jakimś momencie np. na skutek globalnego kryzysu politycznego nie zostaniemy od tego dobra odcięci jakimś kodem? Mało prawdopodobne? Zgoda. Zupełnie nieprawdopodobne?…

Technika. Widzieliście różne filmy, w których na skutek niewielkiej katastrofy kosmicznej satelity na orbicie ziemi ulegają zniszczeniu w ciągu kilku chwil. A może dywersja? A może terroryzm nowej generacji? Jedno jest pewne – brak odpowiedniej ilości sprawnych satelit na orbicie zamienia nasze urządzenia nawigacji satelitarnej w mocno upośledzone wyświetlacze map elektronicznych a telefonom przywraca ich pierwotne przeznaczenie. Mało prawdopodobne? Zgoda. Zupełnie nieprawdopodobne?…

Piorun. Osobiście przeżyłem trafienie pioruna w jacht i znam takich przypadków całe mnóstwo z bezpośrednich relacji. Nigdy nie udało mi się ustalić w praktyce czy jachtowy piekarnik faktycznie chroni umieszczone w jego wnętrzu urządzenia elektroniczne, chociaż zawsze w czasie burzy mam je tam schowane (telefon, ręczny GPS, PLB, telefon satelitarny) licząc na to, że klatka Faraday’a ochroni je przed tym jakże potężnym wyładowaniem elektrycznym. Ale z relacji jednego z przyjaciół piorun uderzył w maszt zupełnie niespodziewanie kiedy do rozpętania się burzy było jeszcze bardzo daleko a jacht zmierzał w kierunku Alandów. Efekt? Każde elektroniczne urządzenie na pokładzie stało się bezużytecznym elektrośmieciem, nie tylko te podpięte do jachtowej instalacji ale także te spoczywające luzem. Sygnału GPS nie odciął Pentagon ani AlKaida ale nic na pokładzie nie mogło już z tego sygnału skorzystać. Mało prawdopodobne?…

Jestem realistą. Wiem, że całkowita niemożliwość skorzystania z nawigacji satelitarnej jest naprawdę mało prawdopodobna. Ale czuję się naprawdę wspaniale i komfortowo kiedy otoczony zewsząd morskim horyzontem wiem, że moją dokładną pozycję wyznaczę w oparciu o obserwację ciał niebieskich, bezpieczne podejście do portu oprę o nawigację terrestryczną i pilotową a mój kurs kompasowy uwzględni prądy morskie i niezbędne poprawki. Czy pływam „na GPS-ie”? Oczywiście, że tak – w końcu jest to obecnie najwygodniejsza i najbezpieczniejsza forma ustalania swojej pozycji. Czy pływam tylko „na GPS-ie”? Oczywiście, że nie. Po pierwsze równoległe prowadzenie astronawigacjinawigacji klasycznej pozwala mi pielęgnować i weryfikować moją wiedzę. A po drugie… to kopalnie radości i satysfakcji. Mierzysz, odczytujesz, obliczasz, rysujesz i masz swój upragniony krzyżyk – odsłaniasz GPS i twój krzyżyk niemal nanosi się z tym „dżipiesowym” – endorfiny wypełniają Twoje żyły, czego i Wam wszystkim życzę 🙂